F**k Your Comfort Zone

keithawynn2011.blogspot.com
W tym całym bieganiu to jest właśnie najfajniejsza rzecz. Ta jedna. Najważniejsza. Ruszenie tyłka.

Od tego się zaczyna. Bo przecież można by posiedzieć przy telewizorku, albo bardziej produktywnie - popatrzeć co tam u ziomków na fejsbuniu. W wersji „premium” – poczytać, pójść do kina, teatru, opery posłuchać. Piwko wypić, winko, zapalić…

A tu człowiek jednak nie, jednak się zmusza by wzuć obuwie adekwatne i pomknąć w dal. Bo chce. Bo czuje co stanie się gdy wyjdzie z tego worka wygody… Endorfiny, prędkość, miłe uczucie zmęczenia i ta potworna duma, że się nie poddałem, że się ruszyłem… 90% ludzi nie wyszłoby z domu.

Potem są zawody. 10km – daleko ale no… to tylko 10 km. Połówka, maraton. To jest coś! Magia. Ale żeby się udało, nie wystarczy chcieć. To dziesiątki razy, gdy mimo że nie się nie chce, mimo że wolałbym robić coś innego - trzeba wyjść. Chcę wyjść. Wychodzę.
Potem warto by złamać 4 godziny. Nie wystarczy już biec. Trzeba biec w określonym tempie. Poniżej 6:00 min/km. Szybko. Czasami bardzo niekomfortowo. Ale jak się uda – będzie szał. Będzie magia. Dam radę.

Przebiec 100km? Niemożliwe? Jak to? Za jednym razem? Ale bym miał satysfakcję gdyby się udało… Mega. Spróbuję.

Biegnę. Spać się chce, nogi bolą jak nigdy wcześniej… Odciski krwawią i pieką jak cholera. Mam dość. A tu jeszcze 20 kilometrów. Aaaaaaa! Po co mi to było….

I to uczucie, które pojawia się na mecie… Magia! To szczęście, pełne uczucie szczęścia, że dowiozłeś w 100%, że dałeś radę, że mimo tego, że wszystko było przeciwko tobie - dałeś jakoś radę. To poczucie, że możesz WSZYSTKO. Że nie ma rzeczy niemożliwych. Że gdy tylko zechcesz możesz osiągnąć KAŻDY cel. Niezależnie od tego czy meta jest po 5, 10, 42 czy po 100 kilometrach.

To duża magia. Ale są i magie małe. Te magie, które dzieją się gdy wracasz z wybiegania na które nie miałeś ochoty, ale jednak się ruszyłeś, takie które powodują, że uśmiechasz się przed snem. Bo każda magia zaczyna się od ruszenia tyłka…

Wyjście poza strefę komfortu, wyjście poza bezpieczny region i próba zmierzenia się z wielką niewiadomą, z wielkim „czy ja dam rade?” to jest ta najfajniejsza rzecz w bieganiu. Coś co daje tak wiele, że chcesz doświadczać tego częściej. Coś co sprawia, że jesteś w stanie biegać zimą, biegać szybko czy biegać długo. Coś co obiecuje naprawdę magiczne rzeczy.

Na co dzień mało mamy okazji by poczuć taką magię. Na co dzień, z różnych względów wybieramy bezpiecznie – wyzwania w pracy – nie za duże, bo co gdy się noga powinie, w domu też pole do popisu ograniczone... Wolimy pozostać w bezpiecznych rejonach.

Więc jeśli jeszcze nigdy nie poczułeś prawdziwej satysfakcji, jeśli nigdy nie miałeś przekonania, że możesz góry przenosić, jeśli nigdy nie poczułeś magii – wyrażonej w ciarkach na plecach – bieganie jest właśnie dla Ciebie.

Jednak szczerze uprzedzam – magia uzależnia!

Trwa ładowanie komentarzy...